10.01.2022

0 Komentarzy,

Karolina Sikorska-Bednarczyk,

Praca w czasie kwarantanny lub izolacji

Ostatnio dostaję wiadomości z pytaniem, „czy będąc na kwarantannie czy izolacji muszę pracować?”, czy pracodawca może mnie do tego zmusić?, czy jestem wówczas na zwolnieniu lekarskim czy jaki jest mój status?

Oto odpowiedź na to pytanie! 

W okresie epidemii pracownicy i inne osoby zatrudnione, poddane obowiązkowej kwarantannie lub izolacji w warunkach domowych mogą – za zgodą pracodawcy albo zatrudniającego – świadczyć pracę określoną w umowie i otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie w trybie pracy zdalnej.

Wtedy nie przysługuje im wynagrodzenie chorobowe, ani inne świadczenie pieniężne z tytułu choroby. W zamian pracodawca ma wypłacić pracownikowi pełne wynagrodzenie.

Tak twierdzi Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej w odpowiedzi na poselską interpelację w sprawie wypłacania zasiłku chorobowego podczas przebywania na kwarantannie w dni wolne od pracy (nr 29279). Jak podkreśliła w interpelacji posłanka Hanna Gill-Piątek , do jej biura poselskiego zgłosiło się wiele osób, które w ostatnich tygodniach znajdowały się na kwarantannie z powodu otrzymanego skierowania na test na COVID-19.

Wynagrodzenie chorobowe za kwarantannę w dni wolne od pracy

– W momencie skierowania pracownika na test lub nałożenia na niego kwarantanny przez sanepid fakt ten automatycznie pojawia się na koncie pracodawcy w PUE. Za okres kwarantanny pracownikowi przysługuje wynagrodzenie chorobowe w wysokości 80 proc. pensji. Przepisy pozwalają co prawda na pracę podczas kwarantanny, ale w uzgodnieniu z pracodawcą. W praktyce oznacza to, że gdy na pracownika zostaje nałożona kwarantanna w dzień wolny od pracy – np. sobotę lub niedzielę, nie ma on możliwości złożyć u pracodawcy stosownego oświadczenia i dokonać uzgodnienia, że będzie wykonywał pracę podczas przebywania na kwarantannie. W związku z czym za te dni – przecież wolne od pracy – nie otrzymuje on pełnego wynagrodzenia, a jest mu wypłacany zasiłek chorobowy – napisała w wystąpieniu do  ministra rodziny i polityki społecznej.

W ocenie autorki interpelacji, sytuacja jest jeszcze bardziej absurdalna, gdy na osobę nakładana jest kwarantanna w momencie skierowania jej na test na przykład w sobotę, a po otrzymaniu wyniku negatywnego w niedzielę kwarantanna się kończy. W takiej sytuacji pracownik, który nie świadczy pracy w weekend, otrzyma za ten okres zasiłek chorobowy, mimo że były to dni wolne od pracy. Posłanka chciała więc wiedzieć, czy ministerstwo dostrzega ten problem i czy planuje zmianę przepisów.

 Praca zdalna w czasie kwarantanny i izolacji w warunkach domowych
Wynagrodzenie chorobowe, o którym mowa w art. 92 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (Dz. U. 2020 poz. 1320, z późn. zm) i/lub zasiłek chorobowy dla osób objętych m.in. obowiązkową kwarantanną lub izolacją w warunkach domowych przyznawany jest w trybie i na zasadach określonych ustawą z dnia 25 czerwca 1999 r. o świadczeniach pieniężnych ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa (Dz. U. z 2021 r. poz. 1133, z późn. zm., dalej: ustawa zasiłkowa). Ustawa zasiłkowa określa zasady ustalania prawa do zasiłków, ich wysokości oraz zasady wypłaty zasiłków dla wszystkich osób podlegających ubezpieczeniu chorobowemu określonemu ustawą z 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych (Dz. U. z 2021 r. poz. 423, z późn. zm.) – m.in. dla pracowników.

– Obecnie ubezpieczeni pracownicy, pomimo poddania ich obowiązkowej kwarantannie lub izolacji w warunkach domowych mają możliwość wykonywania pracy zdalnej. Ustawodawca wprowadził to szczególne uprawnienie do porządku prawnego na mocy art. 4h i art. 4ha ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz. U. z 2021 r. poz. 2095, z późn. zm., dalej: specustawa) – zauważa wiceminister Stanisław Szwed. Zatem, jak podkreśla dalej, w okresi e ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, pracownicy i inne osoby zatrudnione, poddane obowiązkowej kwarantannie lub izolacji w warunkach domowych mogą – za zgodą pracodawcy albo zatrudniającego – świadczyć w trybie pracy zdalnej pracę określoną w umowie i otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie.

Z wyjaśnień MRiPS wynika, że w takiej sytuacji, pracownikowi nie przysługuje wynagrodzenie chorobowe, ani inne świadczenie pieniężne z tytułu choroby przyznawane w trybie i na zasadach określonych w ustawie zasiłkowej. Ustawodawca bowiem m.in. w art. 4h ust. 2 i w art. 4ha ust. 2 specustawy wskazuje, że w przypadku świadczenia pracy w trakcie kwarantanny/izolacji w warunkach domowych – co do zasady – nie przysługuje wynagrodzenie chorobowe, ani świadczenie pieniężne z tytułu choroby określone m.in. w ustawie zasiłkowej. Co istotne, według ministerstwa, powyższy zapis jest zgodny z ogólną zasadą ujętą w art. 17 ust. 1 ustawy zasiłkowej, który stanowi, że ubezpieczony (pracownik) wykonujący w okresie orzeczonej niezdolności do pracy pracę zarobkową lub wykorzystujący zwolnienie od pracy w sposób niezgodny z celem tego zwolnienia traci prawo do zasiłku chorobowego za cały okres tego zwolnienia.

W zamian za to pracodawca jest obowiązany wypłacić pracownikowi pełne wynagrodzenie za pracę wykonaną zdalnie (w okresie trwania kwarantanny lub izolacji w warunkach domowych) tj. zgodnie z treścią art. 80 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. Kodeks pracy (Dz. U. 2020 poz. 1320, z późn. zm). Wynagrodzenie przysługuje za pracę wykonaną. Za czas niewykonywania pracy pracownik zachowuje prawo do wynagrodzenia tylko wówczas, gdy przepisy prawa pracy tak stanowią.

 Praca zdalna w dni wolne od pracy
– Ponadto możliwa rezygnacja przez pracownika z wykonywania pracy zdalnej w okresie nałożonej kwarantanny lub izolacji, nie powoduje utraty przez ubezpieczonego prawa do świadczeń chorobowych w wysokości 80 proc.  podstawy wymiaru zasiłku. Oznacza to, że prawo do wynagrodzenia chorobowego i/lub zasiłku chorobowego za czas obowiązkowej kwarantanny lub izolacji w warunkach domowych jest zagwarantowane ustawowo i to niezależnie od decyzji ubezpieczonego w przedmiocie podjęcia pracy w formie zdalnej – podkreśla wiceminister Szwed. I dodaje: – Natomiast a contrario (na zasadzie przeciwieństwa) nie jest obowiązkiem pracownika świadczenie w ww. czasie – pracy zdalnej. Jest to jego wyłączne uprawnienie, z którego ubezpieczony pracownik może skorzystać, jednakże na warunkach określonych w wiążącej go z pracodawcą umowie o pracę i za jego zgodą. Tym samym za dni, w których pracownik świadczy pracę zdalnie – zgodnie z obowiązującym rozkładem czasu pracy – przysługuje mu pełne wynagrodzenie (zamiast świadczeń chorobowych). Innymi słowy to odpowiednie postanowienia umowy zawartej z pracodawcą albo zatrudniającym decydują o tym, czy jest możliwe świadczenie pracy zdalnej (w tym także stacjonarnej) w dniach wolnych od pracy np. w sobotę, niedzielę.

Dodatkowo, jak zaznacza Szwed, w okresie obowiązkowej kwarantanny (lub izolacji w warunkach domowych) w myśl przepisów ubezpieczeniowych nie jest możliwe jednoczesne pobieranie przez ubezpieczonego pracownika wynagrodzenia chorobowego lub zasiłku chorobowego oraz wynagrodzenia za pracę wykonywaną zdalnie (bądź stacjonarnie).

Jednocześnie poinformował, że przepisy ustawy zasiłkowej, Kodeksu pracy oraz specustawy są jednoznaczne i w pełni spójne oraz nie wymagają ingerencji ustawodawcy w przedstawionej sytuacji.

Grażyna J. Leśniak
Czytaj więcej na Prawo.pl:
https://www.prawo.pl/kadry/czy-mozna-pracowac-zdalnie-w-czasie-kwarantanny-lub-izolacji,512705.html

Dzisiaj przyjmowałam Klientkę, obwinioną w postępowaniu dyscyplinarnym o naruszenie nietykalności cielesnej dziecka. To dosyć poważne zarzuty.

Pani Barbarze tym samym grozi zwolnienie z pracy.

Podczas udzielania pomocy prawnej przedstawiłam Pani Barbarze jej sytuację, po czym zaproponowałam stawkę za prowadzenie całej sprawy przed Komisją Dyscyplinarną.

Na to usłyszałam: „Ojej, ale ja mam pensję nauczycielską. Nie można nic taniej?”. „To jest właśnie powód, dla których ludzie nie przychodzą do prawnika. Prawnicy są drodzy”!. 

Postanowiłam to sprawdzić sama! 

Otóż, Pani Barbarze za prowadzenie sprawy zaproponowałam stawkę 3000 zł – za postępowanie przed Komisją dyscyplinarną. Dodatkowo 300 zł za każde posiedzenie. Kwota ta gwarantuje, że będzie z Tobą Ktoś z mojej Kancelarii.

I teraz tak:

  1. czas trwania postępowania dyscyplinarnego to jakiś rok, a czasem dwa lata. Przy czym płacisz mi raz. Ty masz co miesiąc wynagrodzenie, bez względu na sytuację.
  2. spotykamy się przed każdym posiedzeniem, średni czas spotkania to 2 godziny. Posiedzenia mogą być 2-3 , czyli w sumie 6 godzin spotkań;
  3. konieczność napisania kilku pism w trakcie postępowania – zgłoszenia wniosków dowodowych, to jakieś znowu 6 godzin.
  4. obecność na posiedzeniach – najkrócej 2-3 godziny każde posiedzenie. Stres, przesłuchania świadków, konieczność pełnego skupienia, praca na pełnych obrotach;
  5. analiza zeznań świadków, zgromadzonego materiału dowodowego, przygotowanie mowy końcowej – kolejne 6 godzin;
  6. ewentualne przygotowanie odwołania do Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej przy Ministerstwie Edukacji Narodowej – minimum 6 godzin.

Czyli łącznie to jakieś 30 godzin pracy przy jednej sprawie. Wychodzi na to, że zarabiam 100 zł za godzinę. 

Moje koszty

Od tego muszę zapłacić podatki – dochodowy i VAT, opłacić składki na ubezpieczenie społeczne.

Do tego dochodzi ryzyko zawodowe i wynikająca z tego odpowiedzialność oraz odpowiedzialność za Ciebie. Wiem, bowiem ile kosztuje Ciebie taka sprawa. To stres, nerwy, niejednokrotnie łzy i poczucie bezsilności. Dlatego też jestem dla Ciebie cały czas. Możemy rozmawiać przez telefon tyle razy. ile potrzebujesz.

Do mnie samej dociera, że pracuję – tak naprawdę – po kosztach. I wiem, że są prawnicy, którzy biorą więcej.

Czy więc prawdą jest, że prawnicy są drodzy?! 

Może jest jednak inny powód, dla którego się do nich nie przychodzi?

 

Zacznę wierzyć, że pewnych tematów na lekcjach nie należy poruszać 🙁

Ostatnio na tapecie mamy sprawę Pani Doroty, wobec której toczy się postępowanie dyscyplinarne przed Rzecznikiem Dyscyplinarnym dla Nauczycieli w związku z przeprowadzoną lekcją o depresji wśród młodzieży.

Pisałam o tej sprawie na blogu, a temat podjęły także gazety ogólnopolskie. Materiał na ten temat będzie również w Uwaga! TVN. Dam znać, kiedy.

Dzisiaj natomiast wygraliśmy sprawę Pana Sebastiana, który został skazany na karę nagany z ostrzeżeniem za lekcję o … edukacji seksualnej.

Stan faktyczny

Pan Sebastian jest nauczycielem historii i wiedzy o społeczeństwie w liceum. Jednym z tematów miała być edukacja seksualna.

Jednakże odmówił jej prowadzenia i uznał, że jego stanowisko jest tożsame ze skeczem z Monty Pytona „Edukacja seksualna”. Uczniowie zainteresowani tym stanowiskiem poprosili o możliwość jego odtworzenia na lekcji. Wyciągnęli więc telefony i zaczęli oglądać.

Kilka dni później do dyrektora szkoły wpłynął anonim. Wyrażono w nim oburzenie, że nauczyciel pozwala uczniom na oglądanie na lekcji Monty Pytona. Dodatkowo o takiej właśnie treści. Na nic zdały się tłumaczenia nauczyciela, że lekcja przebiegała zupełnie inaczej.

Dyrektor zawiadomił Rzecznika dyscyplinarnego, a ten wszczął postępowanie wyjaśniające wobec nauczyciela. Myśleliśmy, że Rzecznik uzna sprawę za niedorzeczną i odmówi wszczęcia postępowania.

Niestety. Co ciekawsze, Rzecznik wnosił o ukaranie nauczyciela zwolnieniem z pracy!

Postępowanie dyscyplinarne przed Komisją Dyscyplinarną dla Nauczycieli

Mimo przesłuchania kilkorga uczniów, mimo obejrzenia w czasie posiedzeń Komisji przedmiotowego skeczu oraz próby wywołania poczucia humoru … nauczyciel został uznany za winnego. Został również skazany na karę z ostrzeżeniem.

Nie miało również znaczenia, że skarga do dyrektora została skierowana jako anonim. Jak również to, że tak naprawdę nikt do nikogo nie miał pretensji.

Odwoławcza Komisja dla Nauczycieli

W Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej dla Nauczycieli rozprawa trwała kilkadziesiąt minut. Jakież było zdziwienie wszystkich, w tym nauczyciela p. Sebastiana, kiedy uznała go niewinnym zarzucanych mu czynów. 

Na początku Komisja uznała, że nie można skazywać nauczyciela na podstawie anonimu.

Po drugie Komisja uznała, że nauczyciel w realizacji programu nauczania ma prawo do swobody stosowania takich metod nauczania i wychowania, jakie uważa za najwłaściwsze spośród uznanych przez współczesne nauki pedagogiczne, oraz do wyboru spośród zatwierdzonych do użytku szkolnego podręczników i innych pomocy naukowych.

Po trzecie Komisja uznała, że taki obrońca w postępowaniu to skarb, bo potrafi wypunktować błędy formalne postępowania.

Co i jak robić?

Zaraz usłyszę, że strach prowadzić lekcje, strach dyskutować z uczniami bądź przejawiać jakiekolwiek inne formy aktywności.

Nic bardziej mylnego. Obowiązkiem nauczyciela jest:

  1. rzetelnie realizować zadania związane z powierzonym mu stanowiskiem oraz podstawowymi funkcjami szkoły: dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą, w tym zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczniom w czasie zajęć organizowanych przez szkołę;
  2. wspierać każdego ucznia w jego rozwoju;
  3. dążyć do pełni własnego rozwoju osobowego;
  4. kształcić i wychowywać młodzież w umiłowaniu Ojczyzny w poszanowaniu Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, w atmosferze wolności sumienia i szacunku dla każdego człowieka;
  5. dbać o kształtowanie u uczniów postaw moralnych i obywatelskich zgodnie z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni między ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów.

Nie ma nic o tym, że nauczyciel ma mieć ze sobą dobrego prawnika. Choć uważam, że to powinien być obowiązek. Dla dyrektorów obowiązuje od 2019 roku.

Dlatego moim ukochanym powiedzeniem jest to:

Prawnik to jest ktoś, kogo powinieneś zobaczyć przed, aby nie mieć problemów po 🙂 

Postępowanie dyscyplinarne za lekcję o ... edukacji seksualnej ...

To my bronimy Panią Dorotę.

Niestety dopiero na etapie Rzecznika Dyscyplinarnego dla Nauczycieli. Jak dochodziło do zawieszenia Pani Doroty, jeszcze broniła się sama.

W Toruniu z Panią Dorotą będzie mec. Rafał Bednarczyk. O wynikach poinformujemy 🙂 Już trzymamy kciuki 🙂

***

Nauczycielka zawieszona za lekcję o depresji: „Do szkoły nie mam wstępu. Według dyrektora stanowię zagrożenie dla uczniów”

JANUSZ SCHWERTNER

 dzisiaj 12:55

Dyrektor uznał, że nie miałam prawa rozmawiać z uczniami o depresji. I że takie zajęcia mogły przynieść młodzieży bardzo złe skutki – mówi Dorota Olszewska-Sioma, nauczycielka języka polskiego z 26-letnim stażem.

  • Przez chwilę myślałam, że to się nie dzieje naprawdę albo że w najgorszym wypadku po prostu szybko się wyjaśni – mówi w przejmującej rozmowie z Onetem nauczycielka
  • Dyrektor groził mi wielokrotnie. Kilka razy przekazał mi przez innych nauczycieli, że lepiej dla mnie będzie, jak sama się zwolnię
  • Trwa zagłaskiwanie rzeczywistości. Na zasadzie: jak o trudnych sprawach nie będziemy mówić na głos, to problemy same się rozwiążą.
  • Są szkoły w Toruniu, gdzie uczniowie w minionym roku popełnili samobójstwa. To już się dzieje blisko nas
  • To konkretni uczniowie, przypadki, którym ktoś w porę nie udzielił pomocy – mówi pani Dorota

Janusz Schwertner: Tęskni pani za uczniami?

Dorota Olszewska-Sioma, nauczycielka języka polskiego w Szkole Podstawowej nr 8 w Toruniu: Jasne, że tak.

Straciła ich pani po 26 latach pracy.

Moich uczniów przejęli inni nauczyciele. Odczuwam duży brak. Wie pan, szkoła uzależnia.

Aż tak?

Uczenie oznacza ciągłe zwracanie się ku problemom innych ludzi. Mnie to zawsze odpowiadało i przynosiło radość. Teraz muszę bez przerwy zmagać się ze swoimi.

I nie może pani uczyć.

Wysłano mnie na przymusowe wakacje. Znacznie bardziej przydałabym się w szkole – tylko że tam na razie nie mam wstępu.

Jest pani zawieszona, ale do szkoły chyba może pani wchodzić?

Nie, dyrektor zabronił mi. Uważa, że stanowię zagrożenie dla uczniów.

Bo poprowadziła pani lekcję o depresji?

Uważa, że nie miałam odpowiednich kompetencji, by rozmawiać z uczniami na ten temat. I że takie zajęcia mogły przynieść młodzieży bardzo złe skutki.

„Dostało mi się za to, że pozwoliłam uczniom samodzielnie szukać informacji. Zdaniem dyrekcji, nie powinnam była im na to pozwolić”

Jak wyglądała ta lekcja?

W szkolnym podręczniku znajdował się tekst dotyczący anoreksji. Przeanalizowaliśmy go, a potem podążyłam tym tropem i zapytałam dzieci o inne problemy nastolatków. W rozmowach wypłynął temat depresji.

Jakie zadanie otrzymali uczniowie?

Mieli napisać reportaż o młodym człowieku zmagającym się z tego rodzaju problemem. Mogli sami wymyślić bohatera albo znaleźć jakąś prawdziwą historię w internecie. Dziś wielu młodych ludzi publicznie opowiada o swoich przejściach. Chodziło o to, by na przykładzie jakiegoś bohatera opowiedzieli, czym jest depresja, jak się może objawiać i gdzie można szukać pomocy.

Jak im poszło?

Powstały bardzo ładne prace. Dzieci były przejęte, podeszły do tego bardzo poważnie. Mnie dostało się też za to, że pozwoliłam im samodzielnie szukać informacji. Zdaniem dyrekcji, nie powinnam była im na to pozwolić. Ale uczniowie poradzili sobie doskonale.

To skąd ta reakcja dyrektora?

Po wszystkim oznajmił, że dwie uczennice w naszej szkole dokonały samookaleczenia. A następnie powiązał ten dramat z przeprowadzonymi przeze mnie zajęciami.

Przedstawił jakieś dowody?

Żadnych. Na dodatek uznał, że to zadanie domowe wywołało u dzieci depresję, a w konsekwencji doprowadziło do zniszczenia zdrowia psychicznego i fizycznego uczniów. Do tej pory nie wiem, jak to było i czy naprawdę doszło do takich zdarzeń.

A pani została zawieszona.

Przez chwilę myślałam, że to się nie dzieje naprawdę albo że w najgorszym wypadku po prostu szybko się wyjaśni. Dyrektor nie miał żadnych podstaw, by mnie ukarać. W żaden sposób nie udowodnił mojej winy.

Mieliście na pieńku już wcześniej?

Tak, lekcja o depresji to był tylko pretekst, by usunąć mnie ze szkoły.

Foto: Materiały prasowe

Pani Dorota, fot. archiwum prywatne

„Dyrektor groził mi wielokrotnie. Kilka razy przekazał mi przez innych nauczycieli, że lepiej dla mnie będzie, jak sama się zwolnię”

Jak zaczął się wasz konflikt?

Półtora roku temu dyrektor zarzucił mi, że wraz z innymi nauczycielami próbuję się go pozbyć. Trudno mi powiedzieć, na jakiej podstawie tak uważał. Mam wrażenie, że uważa za wroga każdego, kto mu nie przytakuje.

Później okazało się, że w szkole jest więcej nauczycieli, którzy doświadczyli z jego strony złego traktowania. Mówiąc wprost: zachowania noszącego znamiona mobbingu. Żeby się bronić, założyliśmy związek zawodowy. Dyrektor potraktował to jako pójście na wojnę.

Czy kiedykolwiek pani groził?

Tak, wielokrotnie. Kilka razy przekazał mi przez innych nauczycieli wiadomość, że lepiej dla mnie będzie, jak sama się zwolnię. Ze mną się jeszcze nie udało, ale z trojgiem innych bardzo dobrych nauczycieli już tak. Cała sprawa tak naprawdę zaczęła się od tzw. sporu o grupy.

O co dokładnie poszło?

Dyrektor wpadł na pomysł, by podzielić uczniów klas 7 i 8 na grupy z matematyki i języka polskiego na „najzdolniejszych”, „średnio-zaawansowanych” oraz „najsłabszych”. Tak naprawdę to nie były grupy – z trzech klas siódmych stworzył trzy nowe klasy, zresztą ponad trzydziestoosobowe, i dał im zupełnie nowych nauczycieli.

Czyli dla uczniów oznaczało to rewolucję.

Podzielono ich w zupełnie nowy sposób. Ja dostałam „grupę” z największymi trudnościami. Nosami kręcili też rodzice, przede wszystkim dlatego, że nie poproszono ich o opinię i od swoich dzieci dowiedzieli się, jak teraz wyglądają polski i matematyka. Wraz z innymi polonistkami poszłam do dyrektora i powiedziałam wprost, że w tej nowej formule pracuje mi się bardzo ciężko. Podobnie jak uczniom. Wtedy wziął mnie za osobę, która podburza przeciwko niemu rodziców.

Bo wypowiedziała pani swoje zdanie?

W polskiej szkole od nauczyciela często wymaga się całkowitego podporządkowania. Jakbym siedziała cicho, problemu by nie było. Ostatecznie w sprawie podziału protestowali sami rodzice i podział na grupy zniknął. Mój przełożony to jednak mnie uznał za winną tej sytuacji.

Później była lekcja o depresji i odsunięcie pani od pracy.

Sprawą zajęła się Komisja Dyscyplinarna przy Kuratorium Oświaty w Bydgoszczy, która zdecydowała o uchyleniu mojego zawieszenia. Dyrektor zaskarżył tę decyzję do Komisji Odwoławczej działającej przy Ministrze Edukacji i Nauki. Tym razem postanowienie było dla mnie niekorzystne – zawieszenie pozostawiono do czasu wyjaśnienia sprawy. Obecnie sprawą zajmuje się rzecznik dyscyplinarny. Czekam na rozstrzygnięcie. Dowiem się, czy miałam prawo rozmawiać z dziećmi o depresji, czy popełniłam „straszną zbrodnię”.

„Trwa zagłaskiwanie rzeczywistości. Na zasadzie: jak o trudnych sprawach nie będziemy mówić na głos, to problemy same się rozwiążą”

Pani historia to sygnał dla innych nauczycieli, że lepiej się nie wychylać.

Tak. Moi koledzy i koleżanki zastanawiają się dziś, jak mają rozmawiać z młodzieżą, skoro dyrektor w każdej chwili może zarzucić im, że stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia uczniów.

Polska szkoła co do zasady boi się rozmawiać o emocjach?

Trwa zagłaskiwanie rzeczywistości. Na zasadzie: jak o trudnych sprawach nie będziemy mówić na głos, to problemy same się rozwiążą. To złudne. Jest wysyp kryzysów psychicznych w szkołach. Wszystko wskazuje na to, że problem będzie narastał.

W Polsce codziennie średnio trzy młode osoby dokonują próby samobójczej. Czego jeszcze potrzeba, by polska szkoła zaczęła ich zauważać?

Na szkole spoczywa obowiązek niesienia pomocy dzieciom, które mają tego typu problemy. Wiemy o zapaści psychiatrii dziecięcej i wiemy jak trudno dostać się do specjalisty. Więc ja uważam, że podstawowym zadaniem szkoły jest wzmożona uwaga nad tym, co dzieje się w głowach tych młodych ludzi. I wychwytywanie ich problemów. Nie przez jednego zatrudnionego w szkole psychologa, na którego przypada, jak w mojej, ponad siedmiuset uczniów, ale także przez wychowawców i nauczycieli, którzy ściśle współpracują z rodzicami.

Statystyki nie przemawiają do wyobraźni?

Niestety ciągle za mało. Ale nie możemy opierać się tylko na nich. Są szkoły w Toruniu, gdzie uczniowie w minionym roku popełnili samobójstwa. To już się dzieje blisko nas, to są konkretni uczniowie, przypadki, którym ktoś w porę nie udzielił pomocy.

Szkoła nie wydaje się być gotowa na poważną rozmowę na ten temat.

A problemy się nawarstwiają. Zauważalne są samookaleczenia, tak jakby stały się modą. Jeszcze niedawno takich przypadków prawie w ogóle nie dostrzegaliśmy, teraz stają się coraz częstsze, czasem nawet u małych dzieci. Dlatego potrzeba natychmiastowych działań. Jednak mój przypadek pokazuje nauczycielom jasno: macie siedzieć cicho.

Przygnębiające.

Ale taka jest prawda. Przesłanie jest takie: nauczycielu, nie rób nic, czego nie rozkaże ci twój przełożony. Nie wchodź zbyt głęboko w sprawy uczniów, bo przekroczysz swoje uprawnienia. I wtedy będziesz narażony na sankcje i wydalenie z zawodu. To szczególnie niebezpieczne, bo odsuwa nas, nauczycieli, od dzieci.

Jakby na lekcji opowiadała pani o kard. Wyszyńskim albo encyklikach Jana Pawła II, to by sobie pani problemów nie nastręczyła.

Ma pan rację. A kiedy z klasą rozmawiałam o depresji, to dzieci na słowo „psychiatra” zaczęły się śmiać. To był moment, żeby im wyjaśnić, że tak jak dbamy o swoje ciało, tak o swoją psychikę również należy się troszczyć. Bo to składowa naszego organizmu. Psychikę, która sobie nie radzi, musimy leczyć, wspomagać. Dzieci to szybciej rozumieją niż dorośli.

Bo świat dorosłych nauczył się te tematy wypierać, tabuizować.

Widzę to z bliska. Potrzebna jest edukacja rodziców. Dorośli często mają problem z przyznaniem, że ich dziecko zmaga się z zaburzeniami czy depresją.

W Polsce to ciągle wstyd się przyznać, że nasze dziecko ma kłopot.

Rodzice myśląc, że będą oceniani, szukają winy w innych. Sami potrzebują wsparcia i edukacji. W mojej opinii szkoła tutaj też mogłaby odegrać pozytywną rolę.

„Najlepszego psychologa już u nas nie ma. Nie odnalazł się we współpracy z dyrekcją i złożył wypowiedzenie”

Póki co szkoła pozbywa się pani za samo poruszenie tego tematu.

Możemy zamknąć oczy i udawać, że problemu nie ma. Jednak tak udawać można tylko do czasu.

Ilu psychologów pracuje w pani szkole?

Jeden. Ten, który pracował przed moim zawieszeniem, był najlepszym, jakiego kiedykolwiek miała ta szkoła. Widziałam, jak dzieci garnęły się do niego, na każdej przerwie ustawiała się kolejka. Przychodzili, żeby zagadać, powiedzieć, co u nich słychać.

Wyrabiał przy takim natężeniu?

Ledwo. Mówił, że przyjmował po 25 uczniów dziennie, więcej nie mógł, bo musiał wypełniać tabelki, sprawozdania i inne tego typu rzeczy. W polskiej szkole papierologia stoi ponad pracą z dziećmi, ale to już pewnie temat na inną rozmowę.

Ten psycholog nadal u was pracuje?

Już go nie ma. Nie odnalazł się we współpracy z dyrekcją i złożył wypowiedzenie.

System pozbył się najpierw jego, a potem pani. Za bardzo mu się chciało?

Tak, i natrafił na ścianę. Rozstanie nastąpiło wiosną, gdy dzieci wróciły do edukacji stacjonarnej i przyszły z nowymi problemami. W szkole zabrakło wtedy psychologa.

Ktoś je w ogóle pytał, jak się czują po przerwie związanej z lockdownem?

Wątpię, że był na to czas. Moim zdaniem w wielu szkołach mogło zabraknąć dyskusji na ten temat. Tak naprawdę uczniowie nie przepracowali tego trudnego okresu. Sama mam córkę w siódmej klasie. Szkoła i nauka stały się traumą dla dzieci, które w pewnym momencie nie wiedziały, jak odnaleźć się w rzeczywistości zdalnego nauczania, a teraz wróciły do dawnej rzeczywistości i też nie czują się w niej wystarczająco komfortowo.

Pani też tym dzieciom już nie pomoże.

Nagle ktoś mi powiedział: nie tylko nie nadajesz się do zawodu, ale jesteś szkodnikiem, który mimo 26-letniego doświadczenia zagraża dzieciom.

Jakby zakwestionowano cały pani życiowy dorobek.

Dziś wspomagam się lekami, chodzę do psychiatry. Usiłuję sobie poradzić przy ogromnej pomocy mojej rodziny i przyjaciół.

Załamała się pani?

Jestem w dość trudnym momencie swojego życia. I tak, był moment całkowitej bezradności. Nie mogłam się pozbierać przez długi czas. Teraz jest lepiej, mam potrzebę walki o swoje dobre imię, chcę wynająć adwokata, bić się o sprawiedliwość.

Ile zarabia pani w szkole?

Teraz na rękę 1100 zł miesięcznie.

Ile?!

Dyrektor obniżył mi pensję do pensji podstawowej i pozbawił wszystkich dodatków. Obciąża mnie jeszcze dodatkowo kredyt z nauczycielskiej kasy pożyczkowej.

To brzmi druzgocąco.

Sytuacja uderza w całą moją rodzinę. Nie wiem, na ile tych pieniędzy jeszcze nam starczy. Ale wie pan, że jeszcze bardziej boli mnie ten zakaz wstępu do szkoły? To naprawdę bardzo bolesne. Nie mam prawa wejść do klasy po swoje materiały. Raz, gdy kazano mi przynieść jakieś dokumenty, musiałam zostawić je na dyżurce. Okropne uczucie. To była moja szkoła.

Te zachowania względem pani mają swoją nazwę: mobbing.

W wielu polskich szkołach jest mobbing, ale wszyscy umywają ręce. Dyrektorzy czują się jak bogowie. Często mają poczucie, uzasadnione zresztą, że w swoich szkołach mogą wszystko. Rzadko się zdarza, by ktoś powiedział im „stop”.

„Jest jakiś aparat sprawiedliwości, którego ja nie rozumiem. I ten aparat zaraz mnie zdepcze”

Wróci pani do uczenia?

Moja praca jest źle opłacana, nie cieszy się szacunkiem społeczeństwa i bezpośrednich przełożonych. Jednak kontakt z dzieckiem jest czymś ogromnie mobilizującym do działania. Każdy rok jest inny, każde dziecko jest inne, są ciągle nowe wyzwania. Ja się w tej roli sprawdzałam. Ale nie wiem, czy wrócę, czy znajdę siłę.

Walczy pani o słuszną sprawę. Za chwilę rozmowy o depresji, o emocjach, o lękach będą w szkołach oczywistością. Szkoła będzie za nie nagradzać, a nie karać.

Dziękuję panu za optymizm…

Nie podziela go pani?

Sama nie wiem. Nie wiem nawet, jak rozstrzygnie się moja sprawa. Biorę pod uwagę wszystkie scenariusze.

Jak pani przegra, to jaki komunikat pójdzie w świat?

Już to mówiliśmy: żeby siedzieć cicho! Już teraz moi koledzy rozważają, co wolno, a czego nie.

A pani jak się czuje?

Kiedy Ministerstwo przyznało rację mojemu dyrektorowi, to zaczęłam myśleć, że tu nie chodzi o żadną sprawiedliwość. Dostałam absurdalne zarzuty, a na moją rzekomą winę nikt nigdy nie przedstawił żadnych dowodów. Jak Józef K. się trochę czuję. Jest jakiś aparat sprawiedliwości, którego ja nie rozumiem. I ten aparat zaraz mnie zdepcze. A ja będę miała szeroko otwarte oczy i dalej pytała: ale o co tu chodzi?

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz! janusz.schwertner@redakcjaonet.pl

Źródło: Onet

Data utworzenia: 22 września 2021 12:55

Nauczyciele stażyści, rozpoczynając pracę w szkole, otrzymują dodatek na start w wysokości 1000 zł. Jest to świadczenie jednorazowe – stażysta dostanie je w pierwszym miesiącu swojej pracy. Zastąpiło zasiłek na zagospodarowanie, co wzbudziło kontrowersje – związki zawodowe zwracały uwagę, że to tylko namiastka tego świadczenia.

Zgodnie z przepisami art. 53a ust. 1 KN nauczyciel stażysta odbywający staż na stopień nauczyciela kontraktowego otrzymuje jednorazowe świadczenie na start w wysokości 1000 złotych.

Wypłata do końca września

Dodatek wypłacany jest tylko raz w okresie zatrudnienia stażysty. Według art. 10 KN stosunek pracy nawiązuje się na podstawie umowy o pracę na czas określony na jeden rok szkolny w celu odbycia stażu wymaganego do uzyskania awansu na stopień nauczyciela kontraktowego. W razie ustalenia dodatkowego stażu, z nauczycielem stażystą nawiązuje się stosunek pracy na czas określony na kolejny kolejny rok szkolny. W takiej sytuacji nauczyciel nie otrzyma dodatku drugi raz. Dodatek wypłaca się do 30 września roku szkolnego, w którym nauczyciel rozpoczął pracę.

Tylko jedna szkoła wypłaca dodatek na start

Nauczyciel stażysta pozostający jednocześnie w więcej niż jednym stosunku pracy świadczenie otrzymuje w szkole wskazanej jako podstawowe miejsce zatrudnienia. Nauczyciel powinien wskazać szkole, która jest jego podstawowym miejscem pracy i ta szkoła wypłaca mu świadczenie na start.

W przypadku nawiązania stosunku pracy po upływie terminu, o którym mowa powyżej, nauczyciel nie rozpoczyna stażu do końca tego roku szkolnego. Zgodnie z przepisami art. 53a ust. 1 KN nauczyciel stażysta odbywający staż na stopień nauczyciela kontraktowego otrzymuje jednorazowe świadczenie na start w wysokości 1000 złotych. Z uwagi na powyższe nauczyciel o którym mowa w pytaniu może zostać zatrudniony w trakcie roku szkolnego, ale nie rozpocznie w roku szkolnym 2020/2021, stażu na stopień awansu zawodowego nauczyciela kontraktowego, w uwagi na datę nawiązania stosunku pracy, późniejszą, niż 14 września.

 Dodatek na start – ZUS, podatek, „trzynastka”

Jednorazowe świadczenie na start jako świadczenie ze stosunku pracy stanowi przychód nauczyciela, który podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym na podstawie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Podlega również oskładkowaniu i należy od niego odprowadzić składkę zdrowotną. Jako świadczenie socjalne niewchodzące w skład wynagrodzenia nauczyciela, nie jest ono uwzględniane w podstawie wynagrodzenia i zasiłku chorobowego oraz trzynastki.

 Likwidacja zasiłku na zagospodarowanie

W 2018 r. resort edukacji zdecydował o likwidacji zasiłku na zagospodarowanie – na ostatni mogli liczyć nauczyciele, którzy uzyskają stopień nauczyciela kontraktowego do 31 sierpnia 2018 r. Przepisy dotyczące dodatku na start zaczęły obowiązywać od 1 września 2019 r. – Związek Nauczycielstwa Polskiego zwracał uwagę, że uzasadnienie dla nowego dodatku było podobne, jak te, które kierowało ustawodawcą przy wprowadzaniu zasiłku na zagospodarowanie.

– Uzasadnieniem dla zastąpienia zasiłku na zagospodarowanie świadczeniem na start jest jego kwota, ponad dwu i pół krotnie niższa od kwoty zasiłku na zagospodarowanie – podkreślał ZNP w opinii do Karty Nauczyciela.  Postulatem ZNP jest wprowadzenie zasiłku na start w łącznej wysokości dwumiesięcznego wynagrodzenia zasadniczego nauczyciela stażysty na poziomie magistra z przygotowaniem pedagogicznym.

Źródło: www.prawo.pl